Bell waterproof top coat mascara

W sumie recenzję wodoodpornego top coatu do rzęs Bell powinnam zacząć od: "Uwaga bubel", ale, że znalazłam inne zastosowani do tego produktu to już na samym początku napiszę, że nie polecam.
Ale zacznijmy od początku....
Już od kilku lat szukałam produktu, który sprawiłby że moja ulubiona mascara stałaby się wodoodporna. Szukałam, marzyłam i nic. Dlatego też przetestowałam przeróżne tusze wodoodporne, ale ideału nie znalazłam. Aż do zeszłego miesiąca kiedy to w biedronkowej szafie Bell dostrzegłam waterproof top coat mascara
Pomyślałam " w końcu! po latach poszukiwań w końcu ktoś wpadł na pomysł stworzenia takiego produktu"! Nawet nie spojrzałam na cenę. Top coat do rzęs od razu wylądował w koszyku. I w sumie na tym koniec radości!
Już następnego dnia postanowiłam ten wodoodporny utrwalacz przetestować. Jak się okazało jest to bezbarwny żel w formie klasycznej mascary, który nakładamy na pomalowane wcześniej rzęsy.
Niestety ten top coat niesamowicie skleja rzęsy. Nie umiałam dojść z nimi do ładu i składu. Pajęcze nóżki gwarantowane ;/ Do tego mascara odbiła się na dolnej powiece jeszcze szybciej niż zazwyczaj więc nie dość, że rzęsy były sklejone to panda nadal się robiła i to bardzo szybko ;/ Z dalszymi eksperymentami poczekałam do weekendu kiedy to nałożyłam ten utrwalacz na niepomalowane rzęsy i... wyobraźcie sobie, że on tak skleił moje naturalne rzęsy, że za chiny ludowe nie umiałam ich rozczesać! Porażka na całej linii ;/
Już więcej nie próbowałam... Byłam pewna, że opakowanie wyląduje w koszu, bo tam jego miejsce, a mi tylko będzie żal, że wyrzuciłam kilka złotych. Jednak kilka dni później malując sobie brwi trochę przesadziłam z ilością cienia i musiałam nadmiar wyczesać. Pech chciał, moja spiralka spadła gdzieś na ziemię i przepadła. Na szybko z szuflady wyjęłam ten top coat i nim jako, że jest bezbarwny przeczesałam brwi i ... odkrycie! Do tego sprawdza się całkiem całkiem. Ładnie dyscyplinuje brwi przy czym nie można przeczesywać ich kilka razy, bo potem też skleja - wystarczy raz przejechać łuk i gotowe. Jednak nie zapewnia wodoodporności jedynie dyscyplinuje i wyczesuje nadmiar koloru.

Tak więc do rzęs przynajmniej moich absolutnie się ten wodoodporny utrwalacz nie sprawdza, bo skleja je niesamowicie i w ogóle nie zapewnia wodoodporności. Może jak ktoś ma krótkie rzęsy to aż tak ich nie skleja ? Nie wiem u mnie działa odwrotnie niż powinien. Za to do przeczesywania i ujarzmiania brwi się sprawdza, ale nadal nie zapewnia wodoodporności czy chociażby wodooporności. Skoro kupiłam to zużyję, ale na pewno już więcej na ten produkt nawet nie spojrzę na sklepowej półce.

Macie w swoich kosmetycznych zbiorach taki pseudo utrwalacz do rzęs ? ;>

Dove Relaxing Ritual

Jak wiecie uwielbiam lawendowe nuty. 
Dlatego też w mojej łazience jest bardzo dużo kosmetyków o lawendowym aromacie. A gdy jestem w sklepie i widzę coś nowego, w dodatku lawendowego to nie mogę przejść obok tego obojętnie. Gdy zobaczyłam,  że w ofercie żeli pod prysznic Dove pojawiła się nowość Relaxing Ritual Body Wash z olejkiem lawendowym i ekstraktem z rozmarynu kupiłam bez zastanowienia mimo, że akurat za żelami Dove nie przepadam
Producent obiecuje  relaksujący rytuał, który da wytchnienie zmysłom i pomoże zmyć stres całego dnia. I w sumie producent ma rację, bo zapach tego żelu jest niesamowicie relaksujący i wbrew pozorom bardzo naturalny. Nie mamy tu aromatu sztucznej lawendy czy czegoś mydlanego. Jest to zapach prawdziwego olejku lawendowego przełamanego zapachem rozmarynu.
Tak więc zapach tego żelu wart jest poznania, a fanki lawendy na pewno będą zadowolone ;) Poza tym, że żel fenomenalnie i naturalnie pachnie jest jeszcze fioletowy i po dodaniu lekko barwi wodę na lawendowy kolor ;)
Nie pieni się jakoś wybitnie, bo z tego co zauważyłam żele Dove nie są zbyt pieniące - one raczej dają delikatną piankę, która utula ciałko.
  Skład żelu jest typowo drogeryjny, ale ja tam nie mam z tym problemu. Tym bardziej, że moja skóra po kąpieli nie tylko przyjemnie pachnie, ale także jest miękka, oczyszczona i czuję się komfortowo ;)
 Tak jak już napisałam  -  nie jestem fanką żeli Dove, ale gdy do mnie jakiś trafi z przyjemnością go używam choć nie każdy zapach przypada mi do gustu. Zachwalany na blogach i yt kremowy żel o zapachu pistacji absolutnie nie przypadł mi do gustu i wręcz drażni mnie ta nuta. Za to wersja lawendowa to jak dla mnie poezja zapachu i polecam ją każdemu kto lubi relaksujące aromaty oraz uwielbia kąpiele z lawendową nutką ;)
Lubicie lawendowe kosmetyki ? ;>

Eveline maseczka aktywny węgiel z glinką wulkaniczną

Węgiel to ostatnio bardzo "modny" składnik kosmetyczny. Chyba już nie ma firmy, która w swojej ofercie nie ma węglowych kosmetyków. Eveline Cosmetics niedawno również wprowadziło serię - czarnych kosmetyków.
Jedną z nowości jest maseczka oczyszczająco - detoksykująca AKTYWNY WĘGIEL glinka wulkaniczna. Zadaniem tej glinki jest oczyszczenie i detoksykacja skóry, a także przywrócenie jej zdrowego kolorytu 
Według producenta maseczka przeznaczona jest do każdego rodzaju skóry również wrażliwej. Ja jednak wrażliwcom oraz osobom z problemem naczyniowym bym tej maseczki nie poleciła. 
Jest to mocna maseczka, bardzo dobrze oczyszczająca i silnie detoksykująca. Moja skóra przez pierwsze 3 minuty dość mocno piecze więc cery wrażliwe na pewno jeszcze bardziej odczują działanie tej maseczki.
Maseczka znajduje się w szklanym słoiczku i na pierwszy rzut oka wygląda jak krem. Z jednej strony jest to wygodne opakowanie, ale z drugiej maseczka dość szybko zasycha w takim opakowaniu i musimy się pospieszyć z jej używaniem. Producent sugeruje, że  opakowanie wystarczy na 12 zabiegów. Ja na razie użyłam maseczki 5 razy i to nie tak jak obiecuje producent 2/3 razy w tygodniu tylko raz na 2 tygodnie, a to dlatego że maseczka jest naprawdę mocna i tak częste stosowanie na pewno przesuszyłoby mi skórę
Maska jest ciemna, ale nie czarna. Już podczas aplikacji czuję mrowienie, które z biegiem czasu się nasila. Maksymalnie maseczkę mam 7 minut i po tym czasie 
muszę ją zmyć, bo po pierwsze dość mocno zastyga, a po drugie to szczypanie niekoniecznie jest przyjemne. Jednak obecność glinki wulkanicznej zawsze u mnie powoduje takie doznania ;p 
Działanie maski jest dobre - na pewno lepsze niż maseczki węglowe z Bielendy, ale zdecydowanie bardziej wolę wymieszać glinkę białą  z węglem. Skład maski węglowej z Eveline nie jest najgorszy choć kilka rzeczy można by było usunąć
Maska świetnie detoksykuje i oczyszcza skórę. Bardzo dobrze radzi sobie z nadmiernym błyszczeniem. Skóra jeszcze przez kilka dni ładnie zachowuje mat, ale też przez kilka dni po tej maseczce może na skórze pojawiać się więcej niedoskonałości przez to, że maska wyciąga to co zalega w skórze. Mimo wszystko nie jest to maska dla każdej cery. Ja polecam ją osobom z cerą tłustą, trądzikową i mieszaną, ale do stosowania punktowo np. na czoło i brodę. Niekoniecznie na całą twarz, a już na pewno ostrożnie na policzkach i w okolicach oczu (no chyba, że lubicie płakać). Lubię ten produkt, ale nie mam w planach zakupu kolejnej sztuki.

Lubicie węglowe kosmetyki ? 
Znacie nową serię z węglem aktywnym o d Eveline ?

Garnier Fructis Hydra Fresh

Szampony Fructis to były moje ulubione kosmetyki w LO.
Uwielbiałam ich boskie - owocowe zapachy oraz to jak radziły sobie z moimi puszącymi się włosami. Używałam tylko ich przez kilka dobrych lat jednak na studiach zauważyłam, że moje włosy przestały je lubić i coraz częściej pojawia się trudny do ogarnięcia łupież. Zrezygnowałam z tych szamponów na kilka lat, a późniejsze powroty nie były dobrze tolerowane. Pewnie nadal bym omijała szampony Fructis gdyby nie przesyłka z wizaz.pl
Do testów otrzymałam duet (szampon i odżywkę) Garnier Fructis Hydra Fresh na bazie wody kokosowej, który ma włosy wzmacniać, oczyszczać i nawilżać. Szampon przeznaczony jest do włosów przetłuszczających się z suchymi końcówkami, czyli dla mnie idealny
I mimo, że jest to szampon perlisty nie spowodował u mnie łupieżu. Fakt faktem nie używam go codziennie, bo jak Wam już pisałam moje włosy nie lubią być myte ciągle tym samym szamponem jednak używam go bardzo często a łupieżu nie ma. Co mnie oczywiście bardzo cieszy ;)
Tak jak zapewnia producent szampon bardzo dobrze włosy oczyszcza, ale ich nie przesusza, nie puszy, a w odczuwalny sposób nawilża i dyscyplinuje. Włosy są uniesione od nasady, elastyczne, niesamowicie błyszczące i miękkie  w dotyku. Są takie jak lubię dlatego chętnie po ten szampon sięgam.
Skład przeciętny, typowo drogeryjny, ale moje włosy takie składy lubią więc nie będę narzeka, a wręcz mogę szczerze napisać, że mi się podoba ;)

Ogólnie szampon bardzo dobrze się pieni, przecudownie pachnie owocami, a zapach utrzymuje się cały dzień. Włosy są oczyszczone, ujarzmione, miękkie i lśniące, a do tego w widoczny i odczuwalny sposób nawilżone ;) Lubimy się i to bardzo.

Z odżywką Hydra Fresh też się lubię, a wierzcie mi moje włosy jeśli chodzi o kosmetyki nakładane po umyciu są bardzo, ale to bardzo wybredne
Nie nakładam tej odżywki po każdym myciu (czyli codziennie), bo moje włosy tego ani nie potrzebują, ani nie lubią. Ale 2/3 razy w tygodniu mam ją na włosach i sobie chwalę.
Włosy to tej odżywce są bardzo wygładzone, ale nadal nie ulizane. Są też jedwabiście miękkie, błyszczące i faktycznie są mocniejsze. Oczywiście to wzmocnienie nie jest jakieś spektakularne, ale da się je odczuć.
Zapach odżywki to również duży plus tego kosmetyku i na wakacyjnych wyjazdach śmiało zastąpi ona perfumy ;)
Skład drogeryjny, jak dla mnie dobry.

Oba produkty Garnier Fructis Hydra Fresh bardzo polubiłam i śmiało mogę je polecić osobom, które nie wymagają od włosowych kosmetyków naturalnego składu. Jak dla mnie działanie i efekt wizualny jest bardzo dobry i pewnie kiedyś skuszę się jeszcze na inne warianty kosmetyków Fructis ;)

A Wy lubicie kosmetyki do włosów Garnier Fructis ?


Holika Holika żel aloesowy

Wiem, że o żelu aloesowym Holika Holika napisano już wiele. Ale dziś i ja muszę dodać mały wpis zachwalający ponieważ ten żel to dla mnie magiczny kosmetyk i uważam, że wart jest każdej złotówki!
Zacznę od opakowania, które od pierwszego wejrzenia skradło moje serce. Buteleczka wygląda jak aloesowy liść. No genialny pomysł! Jako, że jest to żel ma żelową konsystencję (wiem niczym Was nie zaskoczyłam), która błyskawicznie się wchłania, a delikatny zapach (niekoniecznie aloesowy) kojarzy mi się z czymś niesamowicie nawilżającym.
I ten żel jest niesamowici nawilżający, a do tego rewelacyjnie koi, łagodzi podrażnienia, przyspiesza gojenie ran, łagodzi trądzik i przynosi niesamowitą ulgę gdy słońce za bardzo pokocha się z naszą skórą!!!
Dla mnie ten żel to kosmetyczne odkrycie tego roku. Jest to fenomenalny i wielofunkcyjny kosmetyk. Można go używać na calutkie ciałko jak i włosy. Ja używam go zamiast kremu na dzień, bo fantastycznie się wchłania, wygładza skórę, nawilża ją i sprawia, że się o wiele mniej przetłuszcza. Dodatkowo współgra z każdym podkładem. Używam go również na noc jako serum pod oleje, dodaję go do kremów czy ser które robię dla siebie i najbliższych znajomych. Jest to kosmetyk dla każdej cery (chyba, że ktoś jest uczulony na aloes). Skład też ma bardzo, bardzo dobry!
Ja jestem tym żelem zachwycona i wiem, że jest to jeden z nielicznych kosmetyków, który zostanie ze mną na długo, bo obecnie nie wyobrażam sobie mojej pielęgnacji bez niego! A teraz najlepsze - cena ... za 250 ml aloesowe opakowanie żel, który ma w swoim składzie 99% ekstraktu z aloesu zapłaciłam 30 zł w stacjonarnej drogerii w Katowicach.

Ten żel kupiłam z ciekawości (zachęcona opiniami na blogach), a okazało się że kupiłam kosmetyczne wybawienie, które radzi sobie z moją kapryśną cerą i zapewnia jej maksymalne nawilżenia. Ja jestem jak najbardziej na TAK i szczerze Wam ten żel od Holika Holika polecam !!! ;)

Evree Pure Neroli normalizujący krem korygujący CC

Kosmetyki Evree cieszą się sporą popularnością i to nie tylko na blogach. 
Z tego co widzę w drogeriach też są często wybierane. Ja co prawda na razie miałam kontakt tylko z kilkoma ich produktami i nie każdy mi pasował, ale wiadomo - nie wszystko dla wszystkich. Gdy zobaczyłam w Rossmannie normalizujący krem korygujący CC z nowej serii Pure Neroli bardzo chciałam się z nim poznać i kupiłam go w sumie zaraz po tym jak pojawił się na drogeryjnych półkach.

Czy była to dobra decyzja ? Nie!!! A dlaczego tego zaraz się dowiecie.

Seria Pure Neroli przeznaczona jest do cer problematycznych, tłustych, mieszanych, trądzikowych.
Zadaniem kremu jest upiększenie niedoskonałej cery przy jednoczesnym zachowaniu lekkości makijażu. Producent obiecuje, że krem stopniowo zwalcza niedoskonałości i jednocześnie natychmiast poprawia wygląd skóry

Skład jak na kosmetyk drogeryjny jest niezły choć uważam, że normalna cena - 35 zł jest przesadzona i na pewno ten krem tyle wart nie jest.
Bardzo dużym minusem jest brak testera w sklepie. Wiadomo, że kremy BB i CC mają w sobie kolor i dobrze jest go widzieć przed zakupem. Ja kupiłam go w ciemno i to był mój błąd. Duży błąd. Jak się okazało krem jest ciemny i wpada w pomarańczę, a żeby tego było mało ciemnieje w ciągu dnia i po kilku godzinach na mojej dość jasnej cerze (choć już muśniętej słońcem) wygląda źle ;/
Niestety zdjęcia nie oddają faktycznego koloru. Mam wręcz wrażenie, że na zdjęciach moja twarz w tym kremie wygląda pięknie. 

Niestety rzeczywistość taka nie jest. Bo nie dość, że krem nie dopasowuje się do naturalnego odcienia skóry to jeszcze bardzo szybko zasycha i łatwo tworzy smugi. Wchodzi w załamania i podkreśla rozszerzone pory (czyli działa odrotnie niż obiecuje producent). Krycie ma minimalne (ale wiadomo, że krem czy to BB czy CC nie jest podkładem). Niby jest lekki, ale czuję go na skórze cały dzień do tego pozostawia takie lekko lepkie wykończenie. Brrr! w upalne dni nie jest to nic przyjemnego ;/ Dość szybko też się po nim świecę ;/ I co najgorsze zapycha ;/ Zauważyłam, że za każdym razem gdy mam na sobie ten krem to pod koniec dnia, albo na następny dzień wyskakują jakieś niedoskonałości ;/
Nie przekonał mnie ten krem do siebie i bardzo żałuję tych 35 zł które na niego wydałam. Próbuję go mieszać z podkładami, ale ciemnieje mimo wszystko i nadal lubi smużyć ;/ Nie wiem jak go wykorzystam, ale naprawdę jestem na ten krem zła i absolutnie go nie polecam!

Avon SUPER Shock Brights

Latem lubię gdy moje rzęsy są niebieskie. Już od kilku sezonów na czas wakacji (mimo, że w pracy) staram się zaopatrzyć w niebieską mascarę do rzęs. Przetestowałam już wiele i najmilej wspominam niebieski tusz do rzęs Flormar <recenzja klik> W tym roku zdecydowałam się na mascarę Avon superSHOCK Brights
Z avonem to ja się średnio lubię, ale ich kolorówka jest całkiem, całkiem, a z tego co wiem mascary super SHOCK cieszą się dobrymi opiniami. Wizualnie mascara od razu przypadła mi do gustu. Szczoteczka też jest taka jak lubię: silikonowa, duża, z ładnymi wypustkami wyczesującymi rzęsy.
I jeszcze ten kolor! W opakowaniu piękny, lekko neonowy niebieski, który niestety albo i stety na rzęsach aż tak intensywny nie jest. Konsystencja tuszu jest dość sucha i czujemy jak czeszemy rzęsy. 
Na rzęsach kolor widzimy pod światło albo w sztucznym oświetleniu. Co jest i plusem i minusem. Jak dla mnie jest to fajny tusz na lato, na wakacje gdy nie szaleje się z makijażem, a zawsze taka niebieska poświata na rzęsach to coś co zwraca uwagę ;) Jednak gdy komuś zależy na naprawdę niebieskich rzęsach to raczej z tego tuszu nie będzie zadowolony, bo efekt jest subtelny. Mnie się to podoba i z przyjemnością maluję rzęsy tym tuszem. A bardzo dużym plusem jest to, że tusz ten się nie osypuje i nie odbija. Wytrzymuje calutki dzień nawet podczas tych ekstremalnych upałów, które ostatnio są nawet minimalnie się nie odbił ;) A dla mnie to naprawdę coś rzadko spotykanego ;)
Z przyjemnością poznam inne warianty kolorystyczne tej mascary (o ile takie są) a także na pewno skuszę się na wersję klasyczną ;)

LAB ONE No 1 Vitamin Complex

Po kosmetyku, który kosztuje ponad 200 zł spodziewam się rewelacyjnego działania i efektu wow!. Czy serum LAB ONE No 1 Vitamin Complex, które kosztuje 259 zł zdziałało u mnie cuda ? Tego dzisiaj się dowiecie
Firma LAB ONE to dla mnie totalna nowość i pewnie gdyby nie warszawskie targi kosmetyczne  oraz propozycja zostania testerką Naturals Pharm nigdy bym się z tą marką nie poznała, bo ich kosmetyki uszczuplają portfel. 
Ale wróćmy do witaminowego serum, które jak zapewnia producent maksymalnie nawilża i regeneruje skórę
Obietnice są kuszące, ale rzeczywistość już taka cudowna nie jest. Wizualnie serum prezentuje się wspaniale. Szata graficzna jest prosta i daje do zrozumienia, że mamy kontakt z  kosmetykiem ekskluzywnym (złoto w połączeniu z bielą zawsze kojarzy mi się z czymś drogim). Sama buteleczka jest z mocnego szkła, ma pompkę i wygląda profesjonalnie.
Serum ma żelową, bezbarwną konsystencję i delikatny, nawet bardzo delikatny zapach, który na pewno nikomu nie będzie przeszkadzać ;)
Wchłania się błyskawicznie jak to zazwyczaj bywa z żelami i od razu wygładza skórę. Jednak poza tym, że ładnie wygładza i delikatnie nawilża nic więcej nie robi ;/  Przynajmniej u mnie ;/  Sprawdza się jako baza pod makijaż  (i ja to serum głównie nakładałam pod podkład, a wieczorem kropelkę mieszałam z olejami) jednak na kosmetyk, który kosztuje tyle pieniędzy działanie ma minimalne ;/ Do tego wszystkiego jeszcze bardzo przeciętny skład, który nie jest zły, ale jak za takie pieniądze nie jest rewelacyjny
Tak więc jest to kolejny drogi kosmetyk który mnie nie zachwycił. To typowy przeciętniak, a nawet mam wrażenie, że żel aloesowy Holika Holika, który obecnie stosuję sprawdza się o niebo lepiej niż to serum ;/  Niestety taka prawda. Osobiście tego serum nie polecam, a za taką cenę to już absolutnie nie.

Znacie kosmetyki LAB ONE ?

Le Petit Marseillais Truskawka

Gdy w sieci pojawiła się informacja, że wkrótce na sklepowych półkach pojawi się truskawkowa wersja żelu Le Petit Marseillais byłam jej  niesamowicie ciekawa. Lubię żele LPM i byłam ciekawa jak wg nich pachnie truskawka. Wiem jednak, że bardzo często truskawkowe kosmetyki pachną sztucznie. 
Podczas jednej z wizyt w rossmannie dojrzałam nowy żel ... powąchałam... i się rozczarowałam. Żelu nie kupiłam mimo, że był w cenie promocyjnej. Zapach miał niewiele wspólnego z prawdziwą truskawką. Żel pachniał sztucznie, chemicznie i był bardzo naciągany. Swoimi odczuciami podzieliłam się na profilu LPM na fb gdzie kilka osób się ze mną zgodziło, ale grono dziewczyn hejtowało mój wpis. No cóż wolny kraj, każdy może mówić czy pisać co myśli (przynajmniej na razie). Jednak żel Le Petit Marseillais truskawka cały czas chodził mi po głowie i rzucał się w oczy podczas wizyt w rossmannie. A, że ja mam słabą silną wolę to kupiłam, licząc na to, że może w kontakcie z wodą poczuję zapach słonecznej natury
Opis producenta jest bajeczny i kuszący. Niestety z prawdą ma niewiele wspólnego ;/ Po pierwsze w kontakcie z wodą zapach traci na intensywności i staje się tak delikatny, że czasami ledwo go czuć. Tak jak już pisałam dla mnie nie pachnie truskawką nic, a nic. Bardziej przypomina mi zapach żelek niż truskawek ;/ Według producenta jest to delikatny żel, ale skład wcale takie delikatny nie jest ;/ 
W ogóle żel ma dość lejącą konsystencję i przez to absolutnie nie jest wydajny. Za to daje dużo trwałej piany. I ta piana oraz delikatne zabarwienie wody na różowo są największym plusem tego żelu. No bo w nawilżenie skóry absolutnie nie wierzę zwłaszcza gdy na drugim miejscu w składzie jest SLES

Jak dla mnie ten zapach LPM nie jest udany i na pewno do niego nie wrócę. Uważam, że za 12 zł (taka jest standardowa cena) można kupić przyjemniejsze żele. Znacie ten żel ? Lubicie żele Le Petit marseillais ??

Spotkanie w Katowicach 23.09.2017 - lista zaproszonych ;)

Najmilsi! 
Organizacja blogowego spotkania nie jest jakoś bardzo skomplikowana. Wyznaczasz datę, organizujesz lokal, ogłaszasz nabór i ciach! Koniec!
Jednak gdy ilość zgłoszeń na spotkanie 10-osobowe przekracza 40 to wtedy zaczynają się schody. Bo niby większość osób znasz więc teoretycznie "bierzesz znajomych", ale chcesz też poznać nowe blogerki no i wtedy się zaczyna problem! I to duży problem. Owszem można zorganizować spotkanie na 40 i więcej osób, ale takie spotkanie nie ma większego sensu, bo wiadomo, że w takim gronie oczywiście będzie wesoło i sympatycznie, ale na pewno nie da się pogadać tak każdy z każdym ;) wiecie jak jest. Dlatego wybór był naprawdę trudny i skomplikowany....

I ja wiem, że poniższa lista nie jest sprawiedliwa i ktoś na pewno się obrazi, strzeli focha, tupnie nogą, ale sorry memory miejsc jest 10, a Was 40....

Tak więc w sobotę 23.09.2017 w Katowicach, w Synergii spotkają się:
* Kasia M - glowlifestyle
* Justyna - produktnatury
* Joasia - Nihil Novi
* Kinga - Kinga Gorzela
* Katarzyna - kobiecefascynacje
* Milena - kosmetycznepasje
*Adriana - avida Dollars
* Agnieszka - pielegnacyjnarewolucja
* Renata - Renia114

Jeszcze raz przypominam, że spotkanie jest czysto towarzyskie tak więc jeśli któraś z Was mimo wszystko liczy na drobne upominki to się przeliczy. I proszę potem tzn na spotkaniu nie okazywać swojego niezadowolenia tylko już teraz napisać mi maila, że jednak kogoś nie będzie.

Pozdrawiam, całuję, ściskam i do zobaczenia już za niecałe 2 miesiące ;)

Nivelazione ekspresowe nawilżenie stóp w 3 sek. - krem w sprayu

Moja pielęgnacja stóp jest bardzo podstawowa. 
Ograniczam się do pumeksowania, ewentualnie używam skarpetek złuszczających, no i gdy mi się przypomni wieczorem nakremuję nóżki kremem. Szał, prawda ?;p Latem oczywiście jest trochę lepiej - w końcu chodzenie w sandałkach i japonkach zobowiązuje, ale nadal nie jest to taka pielęgnacja na jaką zasługują moje stópki. Nie mam ulubionych produktów do pielęgnacji stóp, zazwyczaj kupuję coś co jest w promocji, albo gdy producent obiecuje cuda. Ostatnio - w ramach udziału w Meet Beauty <relacja klik> otrzymałam 3 kosmetyki Nivelazione od Farmony. Nie jest to dla mnie nowa firma, miałam już kilka ich kosmetyków i były ok. Z całej trójki najbardziej zainteresował mnie krem w sprayu Ekspresowe nawilżenie w 3 sekundy
Z opisu producenta wynika, że jest to produkt idealny dla mnie. Dlaczego ? Bo ma w 3 sekundy zapewnić nawilżenie i wygładzenie stóp, a do tego dzięki piankowej formule ma wchłaniać się błyskawicznie
Brzmi pięknie, ale niestety producenta poniosła wyobraźnia. Owszem krem ma formę pianki - takiej bardzo mokrej pianki
Którą niestety i tak trzeba wmasować w stopy, bo sama z siebie się nie wchłonie. Zresztą też nie idzie jej nałożyć precyzyjnie ponieważ aplikator trochę "pluje" kremem ;/ 
Zapach jest taki lekko pudrowy, nie drażniący. Za to działanie jest ledwo odczuwalne. Jedynie po zastosowaniu stopy są wygładzone. Nawilżenie jest minimalne, praktycznie zerowe. Skład taki sobie
Z zapewnień producenta mało co się sprawdza. Na pewno krem ten nie wchłania się w 3 sekundy, owszem wchłania się szybciej niż tradycyjny krem, ale nie błyskawicznie. A i reszta nie zachwyca. Moim zdaniem krem w sprayu evree <recenzja klik> sprawdza się lepiej. Rozczarował mnie ten kosmetyk i na pewno do niego nie wrócę ;/ 

Znacie ten kosmetyk ? Jak sprawdzają się u Was kosmetyki Nivelazione ?

----------------
Kochani ze względu na bardzo duże zainteresowanie wrześniowym spotkaniem jutro podam listę blogerek, z którymi spotkam się 23. września
-----------------
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...